sobota, 14 listopada 2015

XXVIII rozdział - Życie nie jest bajką

 

                                                             Rozdział dedykuję Zgση <33 ;*
                                                       
                                                 "Samotność to najgorszy rodzaj umierania.
                                                              Bez fizycznego bólu, długotrwały
                                                                i perfekcyjnie wyniszczający"


-Odleciał już?- Spytałam z rozpaczą w głosie. Cały czas miałam nadzieję, że się nie spóźnię.
-Myślałem, że nie przyjdziesz.- Usłyszałam ten głos, który najbardziej pragnęłam usłyszeć.
- Jesteś- Powiedziałam jakbym w to nie wierzyła. Doszedł do mnie smutny chichot moich przyjaciółek.
-Jeszcze jestem.- Powiedział, a ja zdałam sobie sprawę, że on za parę chwil wyleci. Będzie w samolocie, który wywiezie go daleko od Buenos Aires. Moje oczy stały się mokre przez to, że napłynęły do nich łzy, które tak bardzo pragnęły się uwolnić. Ja jednak na razie im na to nie pozwalałam. Nie płacz, nie płacz nie płacz…
Na marne poszło powtarzanie sobie tego zdania w myślach. Po moim policzku spłynęła pierwsza, i niestety nie ostatnia łza. Jorge natychmiastowo ją starł jednak na jej miejsce pojawiła się kolejna.
Mocno wtuliłam się w jego tors, a on jeszcze mocniej mnie przycisnął.
-Nie zostawiaj mnie.- Wyszeptałam przez łzy. On pogłaskał mnie po włosach i odsunął od siebie na odległość jego ramion. Wiem, co chce zrobić, ale boję się, że przez to będzie mi jeszcze trudniej się z nim pożegnać. Zaczął się do mnie zbliżać, a ja wyłączyłam myślenie. W głowie miałam pustkę, po prostu nicość.
Chciałam tylko dotknąć jego warg.
Po chwili, która wydawała się wiecznością, poczułam smak jego ust.
Nie wiem ile to trwało, ale czas się dla nas zatrzymał. Mogłabym już tak zawsze.
Nie chcę żeby naszła chwila, kiedy będziemy musieli się od siebie odsunąć. Niestety stało się.
-Kocham cię- Wyszeptał tak cicho żebym tylko ja to usłyszała. Mimo łez uśmiechnęłam się blado.
-Ja ciebie też- Założył za ucho, kosmyk moich włosów, które spadały mi na policzek.
Miałam nadzieję, że teraz mi powie, że zostaje. Dla mnie. Nie odleci, bo mnie kocha.
Jednak nadzieja matką głupich. Takie rzeczy tylko w bajkach i w filmach romantycznych.
A życie nie jest bajką. To jest rzeczywistość. Niestety.
- To już koniec.- Powiedziałam łamiącym głosem i spuściłam głowę.
-To początek.- Uśmiechnął się lekko i pogłaskał mnie po policzku- Wrócę. Obiecuję.-
Kiwnęłam głową i stanęłam na palcach, by móc pocałować go w policzek.
Jorge przytulił się po kolei z każdym i szepnął coś na ucho swojej siostrze, a ta lekko się uśmiechnęła i pokiwała głową. Nadeszła kolej na mnie. Kolejny raz tego dnia powstrzymywałam łzy.
-Nie zapomnij o mnie- złapał mnie za rękę i zaczął gładzić kciukiem moją dłoń.
-Poczekam na ciebie- Posłałam mu lekki uśmiech.
Krótko jeszcze musnął moje usta i chwycił za rączkę od walizki. Widziałam, że jemu też było trudno.
I pewnie gdyby mógł też by się rozpłakał. Ja o dziwo na razie się trzymałam.  Nie chcę płakać w tym momencie.  Jorge ruszył w stronę jego prywatnego samolotu i pomachał nam ręką oraz puścił oczko.
Uśmiechnęłam się na jego gest.  Obserwowałam każdy jego ruch.
Jak podaję walizkę stewardessie.
Jak pochodzi do schodów, które prowadzą na pokład samolotu.
Jak pokonuje każdy ich stopień…
Teraz już nie powstrzymywałam swoich łez. Nie mogłam znieść widoku, jak siedzi na swoim fotelu w samolocie.
Czułam jak Rugg obejmuje mnie ramieniem. Bez zastanowienia się w niego wtulam, jednak to nie to samo, co ramiona Jorge.
Samolot wystartował.
Przejechał kilka metrów na pasie startowym i wzniósł się w powietrze.
Odleciał…
~~~♦☺☺☺~~~
-Odwiozę cię- Z transu obudził mnie Rugg. Potrząsnęłam głową i zorientowałam się ,że cały czas gapię się w przestrzeń. Samolot już odleciał, a Jorge razem z nim.- Dalej. -Ponaglił mnie spokojnym i troskliwy
m głosem.
-Sama wrócę- Odpowiedziałam patrząc mu w oczy. Czym niby wrócisz?
-Masz tu samochód? Przecież nie masz prawka.- Zaśmiał się cicho.- W ogóle jak tu dojechałaś?
-Biegłam.- Na mojej twarzy pojawił się blady uśmiech.
Zobaczyłam minę Ruggero, która mówiła sama za siebie. Zachichotałam cicho.
-To jakieś siedem kilometrów!- Krzyknął Rugg.
-Znaczy, najpierw pojechałam taksówką, były ogromne korki i później zaczęłam biec. – Spojrzałam na niego jeszcze raz. Widać było, że nadal nic nie rozumie.- A nieważne, długa historia.
-Czyli jedziesz ze mną. Chodź mam po drodze.- Posłał mi uśmiech jednak nie byłam w stanie go odwzajemnić.  Kiwnęłam tylko głową i bez oporu ruszyłam za nim na parking.
-Wiesz, że gapiłaś się tak przez piętnaście minut?- Zapytał pewnie, dlatego bo chciał mnie rozchmurzyć. Nie udało mu się, niestety. Otworzył mi drzwi od strony pasażera i sam wsiadł do auta.
Między nami zapadła dołująca cisza, jednak nie miałam ochoty i siły jej przerywać.
Ruggero widocznie miał inne plany, dlatego też włączył radio.
Oparłam głowę o szybę pojazdu i patrzyłam pusto w przestrzeń.
Nie ma go od kilku godzin, a ja już nie daję sobie z tym rady.
-Może przejdziemy się na jakąś imprezę?- Przerwał moje rozmyślania.
-Nie. Doceniam to, że chcesz mi pomóc, ale poradzę sobie sama- Pogłaskałam go po ramieniu.- Pozbieram się.- Westchnął i całkowicie skupił się na drodze, ponieważ deszcz utrudnił warunki jazdy.
Wiem, że wszystkich to boli. Wszyscy jesteśmy jak jedna wielka, kochająca się rodzina, której teraz brakuje jednego członka. A może zabraknąć aż dwóch. Cande była dzisiaj na lotnisku pożegnać się z Jorge, więc mamy pewność, że nie wyleciała z kraju. Na razie.
Jednak ja wiem, że ona tak szybko zdania nie zmieni , więc wiem ,że w najbliższym czasie również nas zostawi. To wszystko boli. Wiem, że nie jestem sama w tym wszystkim, ale mam wrażenie, że ja wszystko przeżywam dwa razy mocniej niż inni. Zawsze byłam, jestem i będę wrażliwa.
Jakbym mogła, to zlikwidowałabym całe zło tego świata. Jednak nie mogę.
Po chwili zaczęłam się wsłuchiwać w to, co mówią w radiu. Znowu są te cholerne korki.
Gdziekolwiek się nie ruszysz, niezależnie o której godzinie i tak zawsze będą.
-Przerywamy audycję, by poinformować o wydarzeniu z ostatniej chwili- Dźwięki radia zagłuszały krople deszczu, które z hałasem odbijały się od przedniej szyby samochodu- Silniki samolotu, który dzisiaj wylatywał z Buenos Aires do Las Vegas, zostały uszkodzone. Samolot wpadł do Zatoki Meksykańskiej i prawdopodobnie nikt z pasażerów nie przeżył. Nasz reporter jedzie na miejsce i próbuje uzyskać więcej informacji na ten temat. Będziemy państwa o wszystkim informować.- Nie słuchałam dalej. Moje serce przestało bić, a w oczach zaczęły zbierać się łzy. Spojrzałam na Ruggero.
-Zatrzymaj się- Krzyknęłam przez płacz. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem i strachem. Czy on naprawdę nie rozumie, co się stało!? Do jasnej cholery samolot, w którym leciał Jorge spadł!- Zatrzymaj się!- Powtórzyłam swoją prośbę. Rugg jak najszybciej zjechał na pobocze widząc mój stan. Moje ręce się trzęsły, a łzy lały się strumieniami. Nie, nie to nie może być prawdą.

***
Ka bum! Blanco wyjechał XD
Upss.
Tini ma lekką (mocną) załamkę ;))
I jeszcze ten dramatyczny koniec ^^
Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak ja bardzo Was kocham <3
Te wszystkie piękne komentarze, które piszecie i które czytam setki tysięcy razy...
Jeszcze chciałabym jedna zaznaczyć, że ja od nikogo nie ściągam historii.
Piszę ją sama, a to ,że pojedynczy wątek się powtórzy, to chyba normalne.
Jest tyle blogów o Leonettcie i Jortini, także jest to raczej niemożliwe żeby nie było podobnych sytuacji.
Każdy się kimś inspiruje i czasem nawet nieświadomie wykorzystamy czyiś wątek.
Ja nic nie zrobiłam specjalnie i musiał to być czysty przypadek.
Przypominam o konkursie na OS!

#PrayForParis Francjo modlę się za Was [*]

sobota, 7 listopada 2015

XXVII rozdział - Nie nauczyłam się mówić żegnaj


Rozdział z dedykacją dla Julia Aleksandrowicz <3
                                                            
                                                               "Oni pat­rząc na siebie nawza­jem.
                                                        Pat­rzą w mil­cze­niu nie pot­ra­fiąc się odezwać.

                                                              Chcąc zmienić bieg spraw i lo­su spiralę.
                                                   Myślą ile poświęci­li siebie i wspom­nień ulotnych."

                                                                                       
-Nigdzie nie pójdę!- Podniosłam głos i spojrzałam na niego spod rzęs.
-Dlaczego? Jedziemy wszyscy. Wszyscy, czyli ty też- Uśmiechnął się do mnie i dotknął mojego ramienia.
-Rugg… Ja się tam załamie.- Opadłam bezsilnie na kanapę.
-Zrobisz mu przykrość. Wiesz jak dużo dla niego znaczysz.- Ile mnie jeszcze będzie przekonywał żebym jechała na to lotnisko? Nigdzie nie pójdę. Ja się tam zaleję łzami, kiedy Jorge będzie odlatywał.
Nie chcę mu pokazywać, że jestem słaba.-Zastanów się.- Pocałował mnie w policzek i wyszedł z mojego domu.  Westchnęłam głośno i oparłam na swoich rękach głowę.
W życiu tam nie pójdę. Będą mnie musieli siłą wyciągać.
Czy to tak trudno zrozumieć, że nie chcę przy nim płakać?
Nie chcę widzieć jak będzie wsiadał do tego pieprzonego samolotu.
Nie chcę widzieć jak będzie odlatywał.
Nie chcę.
Będzie mnie to wszystko mniej boleć, jeśli zostanę w domu.
Nie wyobrażam sobie stać z nim twarzą w twarz i powiedzieć mu żegnaj.
Nie nauczyłam się mówić żegnaj. To za dużo jak dla mnie.
Wstałam z kanapy i wyszłam na balkon. Jest już późno a noce jak na razie nie są wcale takie ciepłe.
Jeszcze tylko trochę i moje upragnione lato. Zawsze z dziewczynami organizowałyśmy w pierwszy dzień wakacji noc w namiotach. Pamiętam, że Cande często wykręcała nam żarty.
Raz włożyła mi sztucznego pająka do śpiwora.
 Nie zapomnę jak się wtedy na nią wściekłam. Właśnie Cande…
Nie widziałam się z nią od czasu naszej kłótni? Nawet nie wiem jak to nazwać.
Nie odbiera telefonów ode mnie, od dziewczyn… Szczerze, to nawet nie wiem czy jest jeszcze w naszym kraju. Ona jest nieprzewidywalna i nie zdziwiłabym się gdyby w nagłym przypływie złości wsiadła w najbliższy samolot i wyjechała na drugi koniec świata. Jednak Angie ma racje, jeśli ta wyprowadzka sprawi, że poczuje się szczęśliwa, musimy jej na to pozwolić.  Kocham ją.
Jest moją przyjaciółką i chcę by była zadowolona ze swojego życia.  
-Kochanie- Tata położył swoją dłoń na moich plecach- Będzie dobrze.- Wszyscy mi to mówią.
„Będzie dobrze” a i tak wszyscy wiemy, że to nie prawda. Dwie ważne osoby, opuszczają mnie i możliwe, że nie wrócą, a jeśli nawet to na pewno nie tak szybko. 
Tata pocałował mnie w czoło. Uwielbiam, gdy tak robi. Czuję się wtedy bezpieczna, wiem, że ktoś jest przy mnie i zawsze mnie obroni przed złem tego świata. Jednak to nie możliwe.
Trzeba pogodzić się z tym, co mamy napisane i grać według scenariusza. Po prostu żyć.
-Chodź, zjesz coś.-westchnęłam głośno i pokręciłam przecząco głową. –Musisz coś jeść.- Zaśmiałam się cicho na jego słowa, ale on był nader poważny. Bez słowa poszłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz. Zaczęłam wpatrywać się w jeden punkt i znowu pojawiły mi się przed oczami te cholerne czarne plamki, jakbym zaraz miała zemdleć. Szybko usiadłam na łóżku i zaczęłam głęboko oddychać.
Zamknęłam oczy w nadziei, że to coś pomoże. Może to wszystko przez ten stres?
Ostatnio mam bardzo dużo zmartwień. Albo jestem przeziębiona?  Wstałam ostrożnie z łóżka i podeszłam do szafy, by wziąć z niej koszulę nocną.
Nawet nie miałam sił i ochoty, by iść pod prysznic.
Przebrałam się i położyłam się z powrotem do łóżka. Marzyłam teraz tylko o tym by zasnąć, ale jak na złość mi to nie wychodziło. Przekręcałam się z boku na bok i wierciłam się na łóżku.
To wszystko przez to, że przed snem za dużo myślę, za dużo sobie wyobrażam. Ale, kto powiedział, że noc jest od spania?
~~~
♦☺☺☺~~~
Siedzę na kanapie i co chwila zerkam na zegar, który wisi na ścianie. Niech go ktoś stamtąd zabierze!
Próbuję się skupić na czymś innym, ale nie wychodzi. Za każdym razem mój wzrok kieruję się w stronę zegara. W domu jest bardzo cicho i słyszę tylko charakterystyczny dźwięk przy przesuwaniu się wskazówek.
Czternasta sześć. Czternasta siedem.
Widzę każdą mijającą sekundę i minutę. Mówiłam, że tam nie pojadę, ale coraz bardziej mam ochotę go zobaczyć. Nie wiem. Może liczę na jakiś cud, że jednak zostanie. Naprawdę w to wierzysz?
Jak zawsze moja podświadomość  jest bardzo pomocna. Myhym.
Usłyszałam głośne westchnięcie. Odwróciłam więc spojrzenie na źródło tego dźwięku.
-Teraz będziesz tak siedzieć i wpatrywać się w zegar?- Angie usiadła obok mnie na fotelu.
Mój wzrok znowu powrócił w stronę tykającego przedmiotu. Chociaż tak bardzo bym nie chciała, nie mogę.
To jest silniejsze ode mnie. Moje oczy samoistnie na niego patrzą.
Czternasta dziewięć. Cholera. Potrząsnęłam głową i oparłam ją o swoje dłonie.
Przymknęłam oczy a przed nimi przeleciały mi wszystkie chwile, w których uczestniczył Jorge.
-Jadę tam- Zerwałam się z kanapy i nie zwracając uwagi na pytania Angie, pobiegłam do pokoju po torebkę i zadzwoniłam po taksówkę. Wyszłam przed dom i oczywiście stało przed nim kilku fotoreporterów.
Dla mnie to już normalne odkąd podejrzewają nas o związek z Jorge. Co dziennie zadają te same pytania. Wyminęłam ich i podeszłam do taksówki, która właśnie podjechała.
W pośpiechu podałam adres lotniska i trzasnęłam drzwiami auta, za co otrzymałam złośliwe spojrzenie kierowcy. Jedziemy może od paru minut a dla mnie to wieczność.
-Może pan jechać szybciej?- Spytałam się grzecznie.
-Korki- Odpowiedział jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Bo była.
Cholera. Zaczęłam przeklinać pod nosem. Nie uwzględniłam tego. W tym tępię nie zdążę.  Spojrzałam na komórkę-14.15. Do lotniska zostało nam jakieś dziesięć minut. Do odlotu piętnaście. Plus korki.
Nie zdążę. Miałam ochotę w coś uderzyć. Jeśli ten korek zaraz się nie ruszy to pobiegnę na to lotnisko, to co że mam strasznie nie wygodne buty. Poczułam, że samochód znowu się ruszył. Na szczęście.
Nie no ja nie mogę. Zaraz wybuchnę. Jedziemy dwadzieścia kilometrów na godzinę.
W takim tępię to dojedziemy tam jak skończę trzydziestkę.
-Proszę się zatrzymać, albo jechać szybciej!- Krzyknęłam na łysego kierowcę pojazdu.
On tylko westchnął i zatrzymał się na poboczu. Świetnie. Martina co ty wyprawiasz?!
Wyszłam z taksówki i nie zwracałam na to, że kierowca krzyczy za mną, że nie zapłaciłam.
Najpierw szłam szybkim krokiem, jednak po chwili zaczęłam biec. Czuję jak te pieprzone buty obcierają moje pięty. Nie wiem, co się ze mną dzieję. Jednak mam usprawiedliwienie. Wszystko robię pod wpływem emocji i z miłości. Wbiegłam jak oszalała na halę lotniska. Nie obchodziło mnie to, że ludzie się  na mnie patrzą. Przeniosłam wzrok na wielki elektryczny zegarek.
Cholera, cholera, cholera…  Trzy minuty.  Zaczęłam się rozglądać po ogromnym lotnisku w nadziei, że gdzieś zobaczę jakąś znajomą twarz. W oczy rzuciła mi się grupka nastolatków. Pobiegłam w ich kierunku. Zahaczałam i popychałam niektórych ludzi.  W tym momencie miałam to głęboko gdzieś.
 Najważniejsze dla mnie było to, żebym zdążyła.
-Gdzie on jest?!- Krzyknęłam zdyszana, kiedy już dobiegłam do moich przyjaciół.
Moja kondycja nie jest najlepsza…
-Jednak przyszłaś- Zwróciła się do mnie Mechi wtulona w Rugga. Pojawił się na jej twarzy blady uśmiech.
Było widać w jej oczach resztki łez. Czyli ja się spóźniłam?

***
Hola! Zawiedzeni? Zaskoczeni? Oczywiście ja jak to ja muszę Was utrzymać w niepewności.

No cóż. To już moja specjalność.
Możecie się tylko domyślić co będzie dalej, lub przeczytać następny rozdział oczywiście za tydzień <3

Wiem, że może zrzędzę i narzekam, ale nadal czekam na pracę OS.
Cieszę się bo już parę osób zadeklarowało swój udział <3333



Więc termin wysyłki OS'ów przesuwam na 8 grudnia.
Jak się czujecie z tym, że VL już się skończyło?
Ja osobiście jestem załamana. Wylałam chyba z siebie hektolitry łez. :'(

Dobra już nie przynudzam.
WOW. To chyba najktsza notatka na tym blogu XD

Hasta luego! Los quiero <3


.
.
.
.
.
.
template by oreuis