sobota, 16 stycznia 2016

XXXV rozdział - Wygodnie mi tutaj.

                     
                                                                                Rozdział z dedykacją dla Rosee <3 Kocham.                                                                        
                                                                         Podaruj temu, kogo kochasz skrzydła,
                                                                         by mógł latać, korzenie, aby wracał
                                                                                   i powody, aby został.




-Odprowadzę cię- Szepnął Jorge, przerywając ciszę.
Od pięciu minut staliśmy pod drzwiami domu Mercedes, która już dawno zniknęła za murami swojego królestwa.
-Nie musisz, poradzę sobie- Odpowiedziałam równie cicho, by nie zepsuć atmosfery.
Mogłoby się wydawać, że romantyczniejszej sceny już nie można sobie wyobrazić.
Ja i on. W nocy. Księżyc jest w pełni, a towarzyszą mu miliardy gwiazd.
Lekki wiatr muska nasze twarze, a w powietrzu unosi się intensywny zapach kwitnących wiśni.
I możliwe, że niczego już nie brakuje, a jednak. Jesteśmy przyjaciółmi.
To wystarczy, żeby zaburzyć całą logikę tej cudownej harmonii.
Szatyn nie zważając na moje słowa kładzie dłoń na moich plecach i kieruje się ze mną w stronę uliczki, która prowadzi w stronę parku.  Z oddali, przez mgłę, słychać dźwięk jadących aut, jakby znajdowały się one za jakimś murem lub były w innej rzeczywistości.
-Jednak wróciłeś- Powiedziałam szeptem, chociaż i tak miałam wrażenie, że mój głos roznosi się echem po całym parku.
-Obiecałem tobie, że wrócę, nie mogłem postąpić inaczej- Uśmiechnęłam się pod nosem, nadal patrząc przed siebie.
-Cieszę się- Odpowiedziałam po długiej chwili ciszy.- Zostajesz na stałe?- Zapytałam ciszej i robiąc pałze przy każdym wyrazie. Potwornie bałam się jego odpowiedzi.
Nie chcę go kolejny raz stracić i tak za dużo mnie to kosztowało.
Każda chwila bez niego odznaczała się głębokim śladem w mojej psychice i co najważniejsze w moim sercu. 
Obserwowałam dokładnie jego twarz, bo chciałam, chociaż trochę wyczytać z jego miny.
Jednak teraz chyba żałuję, że się o to spytałam.
Przecież mogłam żyć w świadomości, że mnie już nie opuści, a teraz prawda jest nieunikniona.
Z każdą sekundą ciszy mój oddech przyśpieszał swoje tempo tak samo jak serce.
Jorge zaczął się rozglądać dookoła, jakby szukał podpowiedzi w otoczeniu.
Głośno westchnął, a mi na przemian robiło się gorąco i zimno.
Gdy wyczułam, że się na mnie patrzy zebrałam w sobie całą odwagę i niepewnie spojrzałam w jego oczy.
Jorge przybliżył się do mnie, jakby tylko czekał na ruch z mojej strony. Czułam jego oddech na moich policzkach, a gdyby posunął się jeszcze o parę centymetrów, napotkałby moje usta. -Nie chcę opuszczać więcej tego miejsca- Szepnął, gdy był już strasznie blisko mojej twarzy.
W momencie kiedy wypowiedział te słowa, poczułam jakby całe powietrze ze mnie uszło.
Na moją twarz wkradł się uśmiech, którego pewnie i tak nie było widać w tym mroku.
Mimo momentu zawahania lekko się do niego przytuliłam, a on po krótkiej chwili mocniej mnie do siebie przycisnął. Mogłabym już tak zostać. Wygodnie mi tutaj.
-Wracajmy, chłodno już- Szepnął mi do ucha, a ja niechętnie skinęłam głową. Gdy byłam w jego ramionach nie było mi zimno. Miałam wrażenie jakby cały park oświetlił jego blask.
Takie wewnętrzne ciepło, które ma w sobie.
To jest aż niesamowite, jak jedna osoba, może zmienić całe nasze życie.
~~~♦☺☺☺~~~
-Cześć tato- Podeszłam do rodzica i pocałowałam go delikatnie w policzek, na powitanie. –Gdzie Angie?- Zaczęłam rozglądać się po kuchni.
Tata odwrócił wzrok od porannej gazety i przeniósł go na mnie.
-Poszła z małym na spacer- Unio
słam brew go góry i obtuliłam się moim szlafrokiem.
-Tak długo spałam?- Lekko się zaśmiałam i spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie.
Podeszłam do szafki i delikatnie podskoczyłam, by dosięgnąć pudełko z moimi ulubionymi płatkami.
Cynamonowe.
-Są w tej gazecie jakieś ogłoszenia o pracy?- Spytałam się taty, gdy usiadłam koło niego z miską płatków.
-Są, ale nie wiem jak wysokie masz wymagania.- Odparł oschle nawet się na mnie nie patrząc.
Lekko westchnęłam i przekręciłam oczami. Po prostu tata widzi to wszystko z innej perspektywy. Inny ojciec cieszyłby się, że jego córka nie chce mu już siedzieć na głowie i sama zarabiać.
Mój niestety widzi na to inaczej.
Dla niego to, że chcę znaleźć pracę równoważy się z tym, że chcę się wyprowadzić, przez co przestanę być jego małą córką. Może jeszcze mi powie, że boi się, że popadnę w konflikt z prawem, wyjadę do innego kraju oraz zrobię sobie dzieciaka, przez co popadnę w depresję i na końcu spróbuję popełnić samobójstwo. Tak na pewno. Jeśli tak się stanie, wszystko będzie wyłącznie przez to, że w wieku dwudziestu lat wyprowadziłam się z domu. Myhym.
Dzięki tato, za to, że mnie przed tym chronisz.
Zaśmiałam się lekko ze swoich przemyśleń, na co tata posłał mi dziwne spojrzenie.
Tak śmieję się sama z siebie, przecież to normalne.
-Idź otwórz- Zakomunikował mi mój tata ,kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Jasne, co z tego, że jestem w pidżamie, przecież zawsze lepiej wysłać córkę, niż podnieść swoje cztery litery. Głośno westchnęłam i udałam się do przedpokoju.
Uchyliłam delikatnie drzwi i gdy zobaczyłam, kto przyszedł od razu rzuciłam się brunetowi na szyję.
-Jak ja za tobą tęskniłam- Powiedziałam nadal przytulając się do mojego kuzyna.
-No, bo ci uwierzę.- Zrobił nadąsaną minę, a ja się od niego odsunęłam- Nawet do mnie nie zadzwoniłaś, a ja dowiaduję się od Mechi, że przyjechałaś- Uśmiecham się lekko do niego i ponownie się do niego przytulam. Nawet nie zdawałam sobie spawy jak bardzo mi go brakowało. Również przed moim wyjazdem spędzaliśmy ze sobą mało czasu, bo on był zajęty Mercedes. Wspominałam, że są razem?
Tak, naprawdę dużo się zmieniło podczas mojej nieobecności. 
-Dobra, wiesz, że nie umiem się na ciebie gniewać- Posłałam mu uśmiech, gdy to powiedział, a on odwzajemnił mój gest. –Okropnie pusto było bez ciebie- ściszył głos i nabrał poważny ton. Spuściłam głowę i moje usta wykrzywiły się w delikatny uśmiech.- Pójdziemy do kawiarni?- Spytał się przerywając ciszę i zmieniając temat.
-Poczekaj pięć minut tylko się przebiorę- Posłałam mu uśmiech i wpuściłam go do środka.
Ruggero usiadł na kanapie w salonie, bo sam ma dziewczynę i pewnie wie, co oznacza nasze kobiece „pięć minut”.
~~~♦☺☺☺~~~
-Jak wam się układa z Mechi?- Spytałam się Ruggero i zaczęłam się rozglądać po wnętrzu kawiarni, w której się znajdowa
liśmy. Turkusowe ściany, na których znajdowało się mnóstwo zdjęć z różnych zakątków świata. Białe stoliki i krzesła pasowały do całego wystroju, a wszędzie było mnóstwo kwiatów. Jednak to nie był mój styl, nie lubię takich żywych kolorów.
Są za bardzo jaskrawe w takich lokalach, ja raczej preferuję pastelowe odcienie.
No, ale cóż, każdy ma inny styl, a widocznie mój jest odmienny niż właściciela tej kawiarni.
-Jest okej.- Raczej spodziewałam się takiej odpowiedzi, Rugg nigdy nie był skory do opowiadania o swoich uczuciach- Chciałbym również zrobić następny krok, tylko czekam na odpowiedni moment- Uśmiechnął się nieśmiało i puścił mi oczko, na co się lekko zaśmiałam.- Ale jak jej coś wygadasz, to cię ukatrupię- Pogroził mi palcem i rozszerzył swój uśmiech.
Dobra przyznaję się bez bicia, czasem mam długi język, ale można mi zaufać, jeśli chodzi o takie poważne sprawy, jak zaręczyny.
-Nie przejmuj się nie wydam cię- Posłałam mu uśmiech i zanurzyłam swoje usta w mojej ulubionej latte.

***
Hej kochani <3
Oddaję w Wasze ręce rozdział... JUŻ 35.
To niesamowite jak szybko to zleciało.
Szok. A pomyśleć, że dopiero co zaczynałam.
Był pierwszy rozdział i ogromny stres czy się spodoba.
Wspaniałe wspomnienia. Wtedy miałam wątpliwości czy prowadzenie tego bloga ma sens.
Teraz jestem już w stu procentach pewna, że warto.
Pokochałam pisanie i nie wyobrażam sobie się z tym rozstawać <3
Dobra tak głupio to brzmi jak jakieś pożegnanie czy coś xD
Nie przejmujcie się jeszcze się nigdzie nie wybieram. ;3
Myślę, że tą historię będzie trzeba niedługo skończyć, bo to nie może się ciągnąć w nieskończoność.
Nadal się zastanawiam czy zakończyć happy endem czy raczej smutne zakończenie.
Nie wiem xD Muszę to dobrze przemyśleć. ;)
A! Jeszcze żebym nie zapomniała o najważniejszym.
Mam dla Was niespodziankę, o której wspominałam jakiś czas temu.
ALE. Chciałabym ją opublikować jak wybije mi 30 000 wyświetleń.
Jest gdzieś około 25 tysięcy.
I teraz wszystko w Waszych rękach. Musielibyście dobić jeszcze 5000 wyświetleń.
Och wredna ja ^^
Także im wcześniej osiągniecie 30 000 tym szybciej się dowiecie się co to jest za niespodzianka.
A sama szczerze mówię, że mi się podoba. Naprawdę ^^
A u mnie to rzadkość żeby mi się podobało coś co ja zrobiłam także... xD
Buziaki kochani <3
Każdy kto przeczytał niech zostawi komentarz <3 Chociaż kropkę czy serduszko ;*

środa, 13 stycznia 2016

2 miejsce ~ Nawet jeden dzień może zmienić całe życie


To, czego nie ogarniamy umysłem,
trzeba czasem objąć ramieniem.

    Poniedziałek. Pewnie ty też nie lubisz tego słowa.
   Gdy tylko się je usłyszy dreszcze przechodzą po ludzkim ciele.
  Ale dla mnie ten dzień zmienił moje życie. A dlaczego? 
  
    Przesuwam nacisk na iPhonie by wyłączyć budzik. 6:30 czyli godzina czasu by wyjść z domu do szkoły. Podnoszę się z łóżka i lekko ziewam, wyłączam telefon z ładowarki a ładowarkę z kontaktu. Podchodzę do wielkiej szafy z lustrem i wyciągam z niej przepiękną czarną sukienkę z białym kołnierzykiem. Wchodzę do łazienki i biorę szybki prysznic. Poprawiam włosy przed lustrem i ubieram się. Wychodzę z zaparowanej łazienki i kieruje się do mojej toaletki.
Siadam i nucę piosenkę One Direction - Perfekt. Wyciągam jakąś bransoletkę oraz naszyjnik.
Gdy widnieją oba te przedmioty na moim nadgarstku oraz szyi maluje oczy czarnym tuszem do rzęs oraz robię kreski eyelinerem. Oczy maluje jeszcze jakimś jasnym kolorem.
Usta maluje pięknym, rzucającym się w oczy czerwonym.
    Biorę biały plecak z napisem "All you need is love" który jest koloru białego na tle czarnego.
Tak, bardzo lubię kolor biały i czarny. Tego samego koloru i ten sam cytat jest na moim case od telefonu. Wyglądają bardzo podobnie wręcz idealnie tak samo.

    Idę ciemnym chodnikiem, mrocznie wszędzie. Nigdzie nie widać żywej duszy.
Naglę czuje jak ktoś na mnie wpada. Zostałam wypchnięta na ulicę gdy wiedziałam, że zaraz może się to źle skończyć. Zamknęłam mocno oczy i czekałam... Lecz po chwili poczułam czyjeś ręce podnoszące mnie do góry. W ostatniej chwili słychać trąbnięcie, ale... Ja wszystko nadal słyszę.
    Otwieram oczy przerażona i patrzę na chłopaka. Zielone oczy, postawione włosy na żel, przystojny, wysoki, brunet. Skądś go znam... Tylko skąd? Chłopak również dobrze mi się przygląda.
      - Przepraszam.- Mówi i odchodzi. Ja szybko korzystam z okazji i podchodzę do niego.
Łapię go za ramię.
      - Może wybierzemy się na kawę? Zimno się...
      - Nie mam czasu, przepraszam.- Przerywa mi i odchodzi. Stoję zszokowana i patrze jak oddala się jego sylwetka. Nic nie rozumiem...

    Siedzę w szkole wpatrzona w sufit. Godzina wychowawcza jest jedyną lekcją... Chodź myślę na każdej lekcji i nie dziwię się, że ledwo co zdaję. Nie moja wina...
      - Violu, słuchasz mnie? Miały być lekcje jeszcze jutro i w środę ale naszła zmiana i jutro już nie idziecie do szkoły a o 16 dziś macie wigilie klasową z specjalnym gościem.- Mówi nasza wychowawczyni. W jej głosie słyszę takie wielkie chamstwo. Oczywiście po słowach pani "nie będziecie mieć lekcji" wszyscy zaczęli ryć mordy, że nie ma testu z geografii. Chociaż jakiś plus.
    Ciągle zastanawiam się kim był ten chłopak... Skądś na pewno go znam... Tylko skąd?

    Tak zaczyna się romantyczna historia no nie? Tak masz racje nic zmienić nie mogę.
Może domyślasz się kto już jest tym specjalnym gościem? Pewnie tak.
A tu cię zdziwię, to nie będzie nasz nieznajomy a ktoś inny. 


    Przeglądam w szafie wszystkie suknie, które mam lecz dylemat jest zawsze taki sam.
Nie wiem czy ubrać czarno-białą czy biało-czarną. Różowa, zielona, niebieska, fioletowa. Nadal nie wiem co wybrać. Muszę jeszcze jechać i kupić prezent dla Fran, to nie trudne. Dziewczyna uwielbia biżuterie więc pójdę do jakiegoś sklepu i kupie jej wymarzoną bransoletkę z nieskończonością z perełkami.
      - Gdzie ty znowu idziesz młoda?- W progu moich drzwi stoi mój brat. Jedyna osoba, która mnie rozumie. Od dziecka jesteśmy tylko my. Rodzice ciągle pracują więc nie mają dla nas czasu, rozpieszczają nas kupując drogie rzeczy i co tydzień na nasze karty kredytowe przybywa kolejne milion dolarów. Nigdy nie słyszałam od nich tych dwóch najważniejszych słów...
      - Mamy dziś wigilię klasową.- Odpowiadam i spoglądam na niego. Podchodzi do mnie.
      - Wspaniale wyglądasz. A na którą ta wigilia?
      - Za godzinę.
      - Czyli rozumiem, że Lu się ze mną nie spotka.- Wzdycha.
      - Jeszcze ci nie powiedziała? Pewnie nie ma czasu, chyba możesz pójść ze mną najwyżej będziesz siedział przed klasą.- Śmiejemy się.
      - Nie trzeba napiszę do Ludmiły najwyżej później się spotkamy lub jutro.- Przytakuje a chłopak wychodzi z pokoju.
    No to czas iść kupić prezent.

    Oglądam każdy przedmiot ale nic mi się nie podoba. Kurczę, zostało jeszcze 20 minut zaraz muszę iść. W końcu wybieram tą najdroższą gdy ona naglę mi spada. Gdy się schylam by go podnieś ktoś również to robi. Dotyka mojej ręki i w tym samym momencie patrzymy sobie prosto w oczy. Znów on, uśmiecha się szeroko i podaje wisiorek. Nawet nie wiem kiedy podniosłam rękę.
      - Znów się spotykamy.- Uśmiecha się, tym razem jest bardziej uprzejmy.
      - Chyba nie za bardzo mamy o czym gadać, wystawił mnie Pan.- Chłopak poważnieje.
      - Śpieszyłem się.- Wyjaśnia. Nic nie mówię, wstaje i kieruje się do kasy.- Może za parę godzin chcesz się spotkać?.- Podchodzi do mnie,
      - Nie mam czasu.- Mówię oschle, czemu dla niego jestem taka. Przecież chce się dowiedzieć trochę więcej o nim, przecież skądś go znam. - Ile płaczę?- Zwracam się tym razem do ekspedientki.
      - Tysiąc dolarów poproszę, płaci Pani kartą kredytową?
      - Tak.- Odpowiada chłopak. Patrze na niego z zdziwieniem, to ja płacę nie ty człowieku. Szukam w torebce portfela gdy on wyciąga swoją kartę i płaci.
      - Zwariowałeś?
      - Proszę jeszcze zapakować.- Mówi.
      - Jezu, słyszysz mnie?- Znów nic nie odpowiada.
    Wypycha mnie do wyjścia i uśmiecha się. No jeszcze jemu wesoło? Zapłacił sporą sumę pieniędzy na prezent który miałam kupić JA a nie ON, nie znamy się a on musi mnie wkurwiać.
      - Oddam ci pieniądze tylko powiedź numer konta.- Chłopak prycha i zaczyna się śmiać. Co do cholery? On mnie coraz bardziej wkurwia.
      - Nic nie oddawaj, masz i leć, a przy okazji jestem León, León Verdas.- Podaje mi rękę i daje ładnie zapakowany prezent. León... León... Coś mi to mówi... Tylko co?
      - Violetta, ja muszę lecieć. Eee... Jak kiedyś się spotkamy to ci wszystko oddamy tylko teraz muszę lecieć.- Mówię i zaczynam biec.

    Tak właśnie zaczęła się nasza kolejna historia. Tak, znam go tylko dajcie mi czas żeby sobie przypomnieć. Chłopak się zmienił przez ten długi okres czasu. 
    Wchodzę do szkoły i patrze na zegarek, minuta. Wbiegam po schodach do naszej klasy, wszyscy już siedzą tylko jedno miejsce wolne. Oczywiście moje. Siadam koło Fran i się uśmiecham.
      - Gdzie ty byłaś tak długo?
      - Kupowałam prezent dla ciebie.
      - Tak długo? - Patrzy na mnie z zdziwieniem. Chicho się zaśmiałam.
      - Tak, po musiał by perfekcyjny.
      - No ja myślę, bo w końcu dla mnie.- Śmiejemy się oboje. 
    Do stali wchodzi wysoki blondyn w czarnej marynarce chyba cholernie drogiej, a za nim ... León? Co on tu robi. Przecieram oczy czy to nie zwidy ale tak to León. 
      - Ej Violka coś się stało?- Znów patrzy na mnie z nutką zdziwienia.
      - Nic, nic, nic.- Szybko odpowiadam. 
    Chyba mnie zauważył, popatrzał na mnie chyba też z lekkim niedowierzaniem i usiadł koło swojego przyjaciela. Gdy zobaczy, że na niego patrzę uśmiechnął się a ja spuściłam wzrok. Poczułam lekkie mrowienie w brzuchu, nie, nie, nie... Proszę tylko nie motylki. Nie chce się zakochać, jeszcze nie teraz...
      - Dzieci przywitajcie Jasona oraz jego przyjaciela Leóna, chłopacy przyjechali z Meksyku by zobaczyć jak wygląda wigilia w Buenos Aires.- León Verdas pochodzi z Meksyku... Coś mi to mówi... Naglę poczułam straszny ból głowy, złapałam się za nią i lekko jęknęłam z bólu. 
      - Jim! Przynieś mi tę lalkę!- Krzyknęłam i tupnęłam nóżką. Jejku ale ten chłopak jest nieogarnięty. Uhh! Nienawidzę go, zawsze jak coś chce to głupek nic nie zrobi a jak ja mam coś zrobić to mnie szantażuje. - Uhh! No dobra pójdę sama, ale jak będziesz coś chciał to ci nic nie przyniosę!- Krzyczę. 
    Przechodzę koło piaskownicy i huśtawek gdy naglę Jim rozhuśtał się na tyle mocno by mnie popchnąć. Dostałam mocnego kopniaka w ... Talie i czuje, że lecę. Ale w ostatniej chwili ktoś mnie złapał. Przerażona zaczęłam cicho płakać. 
      - Nic ci nie jest? - Mówi chłopak.- Cześć, jestem León i nie lubię jak dziewczynki płaczą.- Mówi a chłopacy rechoczą z niego. Uśmiecham się lekko i wycieram łzy. 
      - Nic mi nie jest, troszku boli ale da się wytrzymać. A! I jestem Violetta.- Uśmiechamy się do siebie.
    - Violu, co się stało?- Wyrywa mnie Fran ze wspomnienia.
   
    No tak zapomniałam dodać, gdy miałam 10 lat przeżyłam tragiczny wypadek samochodowy i nic od tamtej pory nie pamiętałam z przeszłości. Co prawda Fran oraz moi przyjaciele przypomnieli mi o najważniejszych rzeczach lecz raczej nikt nie pamiętał takiego wydarzenia. Co do Jim'a chłopak był moim najlepszym przyjacielem ale nie przeżył w wypadku, w którym wtedy straciłam pamięć... Ale wrócimy do opowiadania.
     
      - Nie, nie, wszystko w porządku.- Skłamałam. Zastanawiam się nad jednym... Czy León mnie jeszcze pamięta... Czy tak po prostu... Chce się zaprzyjaźnić.
      - Cześć jestem Jason i pochodzę z Meksyku, to mój przyjaciel León. Chodzimy razem do tej samej szkoły i chcieliśmy wam opowiedzieć trochę o naszych świętach, miło by było gdybyście wy powiedzieli coś nam o waszych świętach.- Uśmiecha się i kończy.- Na początek podzielcie się na dwie grupy.- Wszyscy jak w przedszkolu zaczęli się wybierać. W końcu rozdzieliliśmy się na dwie grupy.- Dobra to ja idę do tej a León do tej.- Wskazuje na grupy. León idzie do nas... Nie wiem czy się cieszyć czy płakać. 
      - No więc cześć...
    Tak tak tu opowiadał o ojczyźnie i świętach nie będę zanudzać i przejdźmy od razu do zakończenia wigilii. 

    Wzięłam swój prezent i wyszłam z sali. Szczerze mówiąc nie było źle, chłopak ciągle mi się przyglądał. Czułam się lekko niezręcznie, ale po pewnym czasie jakoś mi się to spodobało. Naglę ktoś mnie złapał za rękę. 
      - Poczekaj.- Mówi.
      - Zrobiłeś wystarczająco dużo rzeczy dla mnie.
      - Violetta nie mów, że mnie nie poznajesz.
      - No tak... Ty jesteś ten co kupiłeś prezent dla mojej przyjaciółki.- Kłamie, sama nie wiem czy to wspomnienie było realne czy nie. Nie będę robić z siebie idiotki bo może było całkiem inaczej.
      - Chodziliśmy razem do przedszkola, byłem twoim drugim najlepszym przyjacielem... Wyjechałem byłaś zrozpaczona... Dałem ci to.- Wskazał na bransoletkę którą miałam na sobie. Spojrzałam na nią, miałam ją odkąd pamiętam zawsze ją nosze, podoba mi się, jest słodka i skromna, z złotym motylkiem. Mama mówiła, że to od niej... Czyżby znów mnie okłamywała? I jeszcze jedno, z każdym naszym spotkaniem on się zmienia, raz jest oschły a raz przyjazny a teraz się martwi... Nie rozumiem chłopaków, zwłaszcza jego.- Słyszałem, że miałaś wypadek parę lat temu... Może dlatego mnie nie pamiętasz. Dobra zapomnij...- Twierdzi i odchodzi.
      - Nie, León poczekaj.- Podchodzę widzę w oczach chłopaka smutek i rozczarowanie. Kurde jak ta wizja była realistyczna...- To... Ty mnie uratowałeś jak Jim kopnął mnie w bok i się przewróciłam a ty...
      - To było nasze pierwsze spotkanie, co z tego że byliśmy już rok w przedszkolu poznaliśmy się przez przypadek.- Przerywa mi. 
    Czyli to była wizja. Miałam je trzy lub cztery razy. Niektóre się sprawdzały a inne nie. Naglę chłopak mnie lekko przytulił. Zdziwiona również go obięłam. 
      - Może chciałabyś się umówić na kawę?
      - Jasne.
    I tak się zaczęło w pewnym sensie... 

Tydzień później. 

      - Fede posprzątaj tu.
      - Bo co?- Zaczyna pyskować. O boże jak ja go kocham. 
      - Bo dziś León przychodzi.- Mówię jego tonem.
      - Uuu, moja siostra się zakochała, moja siostra się zakochała!
      - Nie zachowuj się jak dziecko!- Krzyczę i tupie nogą.
      - I kto tu się zachowuje jak dziecko co siostra?- Śmieje się. Przewracam oczami.- I widzisz znowu!- Podchodzę do niego lecz ten zaczyna mnie łaskotać.
      - Prze...Przesta...Przestań.- Wyduszam z siebie. 
      - To mnie przeproś.
      - Prze...Prze...Przepraszam.- Mówię od niechcenia. Nie chce go przepraszać, nawet nie wiem za co, ale chce żeby przestał. - A tak na poważnie posprzątaj tu na serio.- Mówię gdy skończył. Chłopak podnosi ręce w kontekście "nie strzelaj" 
    Słyszę znany mi dzwonek telefonu. 
Od: León 
Tak trochę zapomniałem, że miałem iść do ciebie. A bardziej się pomyliłem, bo myślałam, że ty przychodzisz do mnie. Może chciałabyś przyjść do mnie bo wszystko już przygotowałem. Mówię ci uśmiałem się jak nie wiem gdy sobie przypomniałem, że mam iść do ciebie. :D
Lekko się zaśmiałam.
Do: León
Jasne to będę za 30 minut. Pasi? 

Od: León
Ok, czekam :D

    On coś przygotował a ja jak zwykle nic bym nie miała. No dobra chyba czas się do niego przygotować. Ubieram sukienkę którą niedawno dostałam od Verdasa, jest kremowa najwyraźniej od Chanel. Zakładam kolczyki perfumuje się i wychodzę z pokoju. 
      - Posprzątałem... Gdzie ty idziesz?
      - Do Leóna.- Zaczynam się śmiać.
      - To on nie miał przyjść tu?
      - Naszły lekkie zmiany.- Znów się śmieje. Chłopak zaczyna być nerwowy.
      - I ja musiałem posprzątać bo tak?
      - Przepraszam braciszku.- Całuje go w policzek i wychodzę. 
    Pukam do domu Verdasów. Otwiera mi jakaś mała dziewczynka. 
      - Cześć, czego tu szukasz?- Pyta.
      - Hej, a szukam Leóna.
      - Aa! To o tobie ciągle nam mówi.- Czuje jak moje poliki się rumienią. Tak tak wiem minął tydzień od naszego "poznania się" a ja już się w nim zakochałam. Gdybym mogła wybierać na pewno bym się nie zakochała.
    Dziwne, że przyjechał tu z Meksyku a ma dom w Buenos Aires. Tak, to dom jego babci, stary jego dom, bo razem z rodziną wyjechał do ojczyzny lecz Babcia po prostu nie chciała i została tu. 

      - Lion! Violka do ciebie!- Krzyczy biegnąc do niego. Po paru minutach chłopak jest przy drzwiach. 
      - Cześć, wchodź do środka. - Uśmiecham się i wchodzę.- Musimy pogadać.- Powiedział to bardzo poważnie. Kolejna strona Leóna.
      - Dobrze.- Odpowiadam krótko
    Idę za Leónem najprawdopodobniej do jego pokoju. Gdy już jesteśmy widzę jedzenie oraz coś do picia. Chłopak dużo nie zrobił, ale jak na faceta to można dawać już Oskara.
      - Wyjeżdżam.- Mówi prosto z mostu, krztuszę się ciastkiem. Patrze na niego z smutkiem. W sumie czego ja oczekiwałam, że zostanie tu dla mnie. W końcu przyjechał tylko na święta. - Wszystko dobrze?- Nic nie mówię lecz podchodzę do niego i przytulam. Przywiązałam się do niego. Będzie mi brakować ... Jego uśmiechu, żartów, Jego. Zaczynam moczyć mu koszule. Ten gładzi moje plecy. 
      - Musisz?- Mówię i wycieram oczy.
      - Wrócę, w wakacje... Może.- Ostatnie słowo mówi cicho. Zaczynam jeszcze bardziej płakać.- Ale muszę ci coś jeszcze powiedzieć i... Pokazać. Chodź.- Mówi i łapie mnie za rękę. 
    Wychodzimy z domu i kierujemy się w stronę jakiegoś lasku? Czy on chce mnie zgwałcić? Po paru minutach jesteśmy niedaleko jakiegoś jeziorka. Ślicznie tu. Siadamy na jakiejś ławeczce. Nikt nic nie mówi. Cisza, rozpacz, miłość, tęsknota.
      - Chce, żebyś wiedziała, że jak dojadę...- Przerwał na chwilę.- Musisz wiedzieć coś jeszcze. Dla mnie nie jesteś zwykłą przyjaciółką, koleżanką, znajomą. Jesteś kimś ważniejszym. Jakby ci tu to powiedzieć... Podobasz mi się.- Mówi szybko.- Chyba się w tobie zakochałem, nic nie mów, wiem że teraz mnie znienawidzisz, wiem ale musiałem ci to powiedzieć ta informacja by mi nie dała żyć... Kocham cię Violetta.- Zamieram. Radość i smutek, radość i smutek. Jezu człowieku nie wiem co czuć, powiedzieć. Jestem w kropce. 
      - Ja ciebie też kocham.- Po moich słowach zaczęliśmy się do siebie zbliżać, milimetry dzieliły nasz. Z każdą chwilą czuło się coraz wyżej nad niebem. W końcu dotknął moich ust. Odwzajemniłam pocałunek. 
      - Nie przeżyje bez ciebie Violu.- Mówi po skończonym pocałunku, uśmiecham się sztucznie.
    I tak wyglądał nasz pierwszy pocałunek. 

Następny dzień.

   Maluje lekko oczy, bo i tak wiem, że się rozmaże. Tak to dzień w którym León wyjeżdża. Ubieram białą sukienkę i po ok. godzinie wychodzę z domu. Zamawiam taksówkę i jadę na lotnisko. Dzięki bogu nie było korków. Wchodzę do wielkiego pomieszczenia rozglądam się i nigdzie nie widzę chłopaka. Dzwonie... Nie odbiera. Piszę SMS'a nie odpisuje. Naglę ktoś mnie łapie za talie a ja podskakuje. 
      - Myślisz, że z tobą bym się nie pożegnał.- Odwracam się uśmiecham się sztucznie i mocno go do siebie przytulam. Znów zaczynam płakać, on przytula mnie jeszcze mocniej.- Kocham cię.- Mówi i zbliża się do mnie. Bez żadnych problemów całuje go, pocałunek był cholernie namiętny oraz długi. Nie obchodzi mnie ile jest tu ludzi. Nie będę go widziała parę dobrych miesięcy. 
      - Halo, halo!- Mówi starsza pani. Ja z Leónem odrywamy się od siebie. Lekko się rumienie. - Czego wy płaczecie.- Wzdycha kobieta.- León ci nie powiedział, że zostaje ze mną? Spać nie mogłam przez niego bo leżał na podłodze i błagał, żeby został.- Patrze na niego, on wzrusza ramionami.- León bierz tą walizkę jedziemy do domu.- Uśmiecham się najszerzej jak mogę. León przytula swoją babcie i cicho mówi dziękuje. Najwyraźniej dopiero teraz się dowiedział. Po chwili rozłożył ręce. Podbiegłam do niego i wskoczyłam w ramiona. Jeszcze nigdy nie byłam taka szczęśliwa. 
      - Już nigdy cię nie zostawię, obiecuje.- Mówi a ja uśmiecham się coraz bardziej.
      - Violu o czym myślisz?- Pyta mnie León.
      - Wspominam.- Uśmiecham się i lekko go przytulam.

***
One Shot by Rosee

sobota, 9 stycznia 2016

XXXIV rozdział - Powrót

                                

                                                                               Rozdział z dedykacją dla Daria <3
                                                                              
                                                                                   Jeżeli szczęście jeszcze
                                                                                    nie przyszło do ciebie,
                                                                                    to znaczy, że jest duże
                                                                                     i idzie małymi kroczkami.

Nie wierzę- Szepczę i odwracam wzrok. Czuję jak w moim oczach zbierają się słone łzy.
W jednej chwili zapominam o tym, że się spieszę. Wszystkie myśli uciekają gdzieś daleko.
Stoimy na środku chodnika przez parę sekund, a może nawet minut.
Czuję na sobie jego wzrok ,jednak ja nie mam odwagi spojrzeć mu w oczy.
Nie wiem jak mam zareagować. Nie wiem co w tym momencie czuję.
Złość, radość, szczęście, smutek...
Szczerze? Mam nadzieję, że to wszystko to jest sen, a ja zaraz się obudzę.
-Obiecałem, że wrócę- Odezwał się po raz pierwszy podczas tego spotkania.
Mam wrażenie jakby czas się zatrzymał.
Pogodziłam się z tym, że on nie wróci. 
Myślałam, że o nim zapomniała, jednak wiem, że się myliłam.
Gdy teraz go widzę, wszystko wróciło z powrotem.
Chwilę, które spędziliśmy razem, pocałunki, czułe słówka, ale również ból kiedy mnie zostawił i odleciał. W przypływie odwagi przełamałam się i spojrzałam na niego.
Jednak wiem, że źle zrobiłam ponieważ moje oczy ponownie się zaszkliły.
Najchętniej uciekłabym teraz gdzieś daleko.
-Powiesz coś?- Spojrzał na mnie i złapał mnie za ramię.
Poczułam jak skóra w tym miejscu zaczyna mnie mrowić.
Ta cała sytuacja odebrała mi mowę, choćbym chciała i tak nie umiałam nic powiedzieć.
Moje serce ma ogromną ochotę wtulić się w jego ramiona i zaciągnąć się jego perfumami.
Jednak rozum chce uciec jak najdalej i nigdy już nie spojrzeć w jego szmaragdowe oczy.
Ja wiem jedno. Nie ma rozumu, który wygrałby z sercem.
Podniosłam swój wzrok na twarz szatyna i zaczęłam przyglądać się jego malinowym ustom.
Przeniosłam spojrzenie na jego oczy, co było moim najgorszym posunięciem.
Zobaczyłam w nich małe wirujące iskierki. Po chwili już znajdowałam się w objęciach Jorge.
Jak zawsze jego dwa szmaragdy odbierają mi racjonalne myślenie.
-Tęskniłam za tobą.-Szepnęłam, a on jeszcze mocniej przycisnął moje ciało do swojego.
~~~♦☺☺☺~~~
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?- Powiedziałam ze spuszczoną głową.
-Nie wiedziałam jak na to zareagujesz.- Blondynka spojrzała na mnie i poprawiła sobie kosmyk włosów spadający jej na czoło.- Chciałam ci to dzisiaj powiedzieć, dlatego napisałam ci żebyś szybko przyszła.- Bez zastanowienia się do niej przytuliłam, a ona mimo zaskoczenia oddała mój gest.
-On tu zostaje na stałe?- Spytałam się niepewnie, kiedy już odsunęłam się od przyjaciółki.
Nie wiem czy chcę to wiedzieć.
Boję się, że prawda mnie zaboli, jednak życie w kłamstwie nie ma sensu.
-Nie wiem. Chyba tak. Nie widziałam się z nim jeszcze, rozmawialiśmy tylko przez telefon.- Kąciki ust blondynki podniosły się ku górze, zarysowując na jej twarzy lekki uśmiech.Przeczesałam swoje włosy do tyłu i odwzajemniłam gest Mechi.
Gdy miałam już otworzyć usta by coś powiedzieć usłyszałam dźwięk przekręcania klucza w zamku od drzwi. Mercedes przeniosła wzrok w tamtą stronę, a ja postąpiłam podobnie. 
-Tęskniłem Mechi- Po chwili rodzeństwo rzuciło się sobie w ramiona.
Uśmiechnęłam się na ten wspaniały widok i cofnęłam się parę kroków do tyłu.
Jorge to zauważył i z uśmiechem, pokazał mi gestem ręki, że mam dołączyć do nich, na co jego siostra zareagowała tak samo.
Mimo zawahania przytuliłam się do dwójki moich przyjaciół, trwając z nimi w żelaznym uścisku kilka dobrych minut.
-Uczcimy twój powrót?- Zapytała się blondynka z serdecznym wyrazem twarzy, kiedy już usiedliśmy na białej kanapie w salonie.
-A więc co proponujesz mała?- Jorge chytrze się uśmiechnął, a Mechi od razu zrobiła naburmuszoną minę i pewnie gdyby była młodsza o parę lat, rzuciłaby się na szatyna obijając go bezlitośnie poduszką. Jednak nie oszukujmy się, dwudziesto-paroletniej kobiecie nie wypada tego robić.
Otóż blondynka zawsze podziwiała wysokie i długonogie modelki i uważała je za ideały.
Więc nienawidzi jak wypomina się jej niewysoki wzrost, a Jorge jako, że jest jej bratem zawsze wykorzystuje tą informacje, by ją zdenerwować.
-Wesołe miasteczko?- Powiedziałam, by przerwać napięcie panujące między rodzeństwem.
Przyjaciele spojrzeli na mnie z identycznymi minami. Naprawdę są do siebie bardzo podobni.
-Nie jesteśmy trochę za starzy?- Zaśmiała się blondynka.
Wiem, że może trochę mnie poniosło z tym wesołym miasteczkiem, ale przecież każdy, kto mnie zna wie, że nie lubię chodzić do klubów na imprezy. To się nadal nie zmieniło i raczej się nie zmieni.
Odraża mnie ten cały zapach alkoholu połączony z dymem tytoniowym.
To nie dla mnie. Więc to chyba było najlepsze miejsce jakie wpadło mi do głowy.
-Przestań być taka poważna- Zwrócił się szatyn do swojej siostry, pokazując jej przy tym język.
-To idziemy do wesołego miasteczka-Krzyknęła Mercedes i wyrzuciła ręce w górę, głośno przy tym piszcząc. Dziwnie się na nią spojrzeliśmy i zaczęliśmy się śmiać, a po chwili dołączyła do nas również blondynka.
~~~♦☺☺☺~~~
- Trzy bilety?- Zapytała się Mechi stojąca przy kasie.
-Ja mogę udawać dziecko, wtedy wejdę za darmo- Wykrzyknął Jorge i przykucnął, by zmniejszyć swój wzrost. Głośno się zaśmiałam na jego wygłupy, a Mercedes zgromiła go wzrokiem.
Bileterka dziwnie się na nas popatrzyła jednak po chwili spuściła spojrzenie i przeniosła je na kolejnych klientów.
-Jesteśmy w miejscu publicznym, zachowuj się- Mercedes zmroziła brata wzrokiem i szturchnęła go lekko w ramię. 
Ten się tylko zaśmiał i objął ją ramieniem w pasie.
-Też cię kocham siostra- Posłał jej uśmiech, a blondynka wywróciła oczami.- To na co pierwsze idziemy?- Szatyn dziwnie zatarł ręce i zaczął się rozglądać dookoła po wszystkich atrakcjach.
-Ja chcę watę cukrową!- Wykrzyknęłam, kiedy zobaczyłam obiekt, od którego zawsze moje zmysły wariują. Moi przyjaciele spojrzeli się na siebie i wybuchli głośnym oraz serdecznym śmiechem.
-Nic się nie zmieniłaś- Podeszła do mnie Mercedes i po tym jak opanowała śmiech, lekko się do mnie przytuliła. Nie za bardzo zważając na jej słowa delikatnie wymsknęłam się z jej objęć i pobiegłam do butki z moim ukochanym smakołykiem.
To naprawdę był wspaniały pomysł, żeby tu przyjść znowu czuję się jak małe dziecko, które po prostu cieszy się życiem.
Wzięłam patyk, na którym znajdowała się różowa wata i w tępię natychmiastowym zaczęłam się zachwycać jej smakiem.
 -Gdybyś tylko widziała jak teraz wyglądasz- Usłyszałam chichot blondynki i popatrzyłam na nią niezrozumiale. – Jesteś cała różowa- Wyjaśniła mi i z uśmiechem parzyła na to jak moje policzki zaczynają płonąć. Zobaczyłam jak Jorge zbliża się do mnie z chusteczką higieniczną w ręku i powoli zaczyna mi wycierać wybrudzoną twarz.
-Od razu lepiej. Nawet bez waty cukrowej na policzkach jesteś słodka-  Serdecznie się uśmiechnął i kolejny raz poczułam jak moją twarz zalewa fala gorąca.
Jedyne, z czego się cieszę, że nie widzę tego jak bardzo jestem czerwona.
Szybko spuściłam wzrok i zakryłam się włosami. Zaczęłam się rozglądać dookoła jakbym szukała czegoś do przykrycia moich policzków.
-Idziemy na tą kolejkę?- Zapytała się Mercedes, widząc moje zakłopotanie, za co byłam jej ogromnie wdzięczna.
Pokiwałam szybko i energicznie głową, a po chwili razem skierowaliśmy się w stronę kolejnej atrakcji.

***

Hej wszystkim ;*
Od razu na wstępie zmuszona jestem trochę ponarzekać xD
Nie podoba mi się ten rozdział.
Miałam dość spore problemy z napisaniem go i w efekcie wyszło jak wyszło.
Moja wena totalnie wyparowała, a dodatkowo szkoła i nawał nauki wcale mi nie pomagają.
Widocznie wszechświat nie jest po mojej stronie. 😕 😕
Przepraszam że w ogóle publikuje takie coś xd powinnam to poprawić i napisać jak należy, ale naprawdę nie miałam siły na ten rozdział :c
Obiecuję, że następnym razem się nie zawiedziecie, a rozdział będzie lepszy.
A tak co u Was?
Ja nadaję o sobie to wy też możecie ponarzekać na szkole i wszystko co Was wkurza. Zapraszam xd 😉 😝 😂
Kocham Was wszystkich i każdego z osobna. BUŹKA!  ♥ 💋 




.
.
.
.
.
.
template by oreuis